1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
styczeń luty [marzec]
kwiecień maj czerwiec
lipiec sierpień
wrzesień październik
listopad grudzień
Wychowani w skansenie
Wpis z dnia: 2010-01-08, z godziny: 21:33
Wiele atramentu (elektronicznego, oczywiście) wylano na temat poziomu nauczania na polskich uczelniach. Ja także się do tego przyłożyłem, publikując dość krytyczny artykuł na początku ubiegłego roku. Ale po przemyśleniu kilku swoich ostatnich kontaktów ze środowiskiem szkolnictwa wyższego dochodzę do wniosku, że poważniejszym problemem od niedoinwestowania badań i marnej jakości wykształcenia jest wyzierający z każdego zakątka uczelni jako organizacji, schyłkowy peerel.

Problem polega na tym, że jest to tak naprawdę pierwsza organizacja, z którą spotyka się młody człowiek. Widzi tam między innymi:
- program i godziny dobierane tak, żeby wygodnie było uczącym, a nie odbiorcom usług edukacyjnych
- niesprawny dziekanat, pod którym wiecznie jest kolejka, w którym pracują chamskie panie będące odwiecznym tematem nienawistnych żartów i legend studenckiej braci
- decyzje podejmowane na zasadzie widzimisię, a nie przejrzystych i kontrolowanych procedur
- zaniedbaną i "niczyją" bazę materialną
- feudalne stosunki międzyludzkie: kadra profesorska gnębi doktorów, doktorzy asystentów, a wszyscy studentów
- przerośniętą administrację i służby wspierające, która średnio stanowi 50% zatrudnienia (!!!), ale do powiedzenia ma najwięcej
- powszechną pogardę dla elementarnych zasad dyscypliny pracy, np. czasu pracy (notoryczne spóźnienia, zdarzające się opuszczanie zajęć), zdarzający alkohol w pracy, "wynoszenie" mienia zakupionego ze środków publicznych na prywatne potrzeby, itd.
- wśród starszej kadry zjawiska kompletnie nieakceptowalne, takie jak docinki na tle seksistowskim, ("panie siądą bliżej, bo one mniej rozumieją"), seksualnym ("gdyby pani miała mózg tak duży jak biust") albo rasistowskim ("panie Makumba, widział pan kiedyś generator?") czy wulgarny język
- nieżyciowe procedury i przepisy, które i tak są olewane
- uczelnia (szczególnie nietechniczna) dalej posługuje się mnóstwem papierów, ma szafy zawalone skoroszytami, sekretariaty i kancelarie, pieczęcie, biura podawcze i sztywne godziny pracy, poza którymi nie idzie niczego załatwić
- akademik, który swoim standardem przypomina niegdysiejszy hotel robotniczy; dwadzieścia lat temu mógł to być normalny standard przeciętnego polskiego mieszkania, ale teraz dla większości młodych ludzi stanowi dramatyczną degradację jakości codziennego życia w stosunku do domu rodzinnego

Uczelnia wyższa pozostaje organizacyjnie w niezmienionej postaci od schyłkowego komunizmu. Wtedy była awangardą i ostoją wolności. Dziś na tle przedsiębiorstw, a nawet wielu urzędów, jest organizacyjnym skansenem. Nie zmienią tego witryny internetowe, robione po amatorsku strony dziekanatów i aplikacje do rejestracji na studia. Wszyscy wiemy, że bałagan i niesprawność plus środki technologiczne równa się jeszcze większe marnostrawstwo i jeszcze większy bałagan. Akademia nie jest chora finansowo albo technologicznie, ona jest chora mentalnie i kulturowo.

Znam tylko dwie instytucje, które tak wyglądają: jedną jest PKP, a drugą Poczta Polska. Kiedyś powiedziałbym jeszcze o ZUS-ie i Urzędzie Skarbowym, ale kilka ostatnich kontaktów z tymi instytucjami sprawiło, że widzę daleko idące zmiany także tam.

Mówię oczywiście o zjawiskach o charakterze systemowym, nie o charakterze indywidualnym. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że na uczelni jest wielu bardzo wartościowych pracowników, którzy traktują studentów jak ludzi, mają dla nich czas i uwagę, przychodzą punktualnie i przygotowani na zajęcia, interesują się tym czego uczą, itd. Tylko że oni działają przeciw systemowi, a nie zgodnie z nim. Po kilku latach albo przystosowują się do powszechnej bylejakości, albo frustrują się i odchodzą, albo dalej walczą samotnie. Mam ogromną przyjemność znać osobiście takich ludzi i razem z nimi przechodzić przez kafkowski labirynt, w którym się znaleźli. Zawsze, ilekroć to robię, pytam sam siebie: czemu ten wartościowy człowiek trwoni swoją energię i swój czas na walkę z systemem zamiast rozwijać wiedzę o nas samych i otaczającym świecie?

Wracając do tematu, student spotyka się z takim schyłkowym peerelem podczas najlepszych lat swojej aktywności intelektualnej i wydaje mu się, że zjawiska, które w nim dostrzega, są normalne. Chcąc niechcąc nasiąka nim, potem trafia do firmy i przeżywa szok kulturowy. Trzeba mu tłumaczyć, że tutaj nikt nie klnie, nikt nie pozwala sobie na seksistowskie czy rasistowskie zachowania a nawet komentarze. Ludzie punktualnie przychodzą do pracy i punktualnie z niej wychodzą, a jeśli któregoś dnia się "zerwą" - to za wiedzą i zgodą swojego szefa, a następnego dnia posiedzą trochę dłużej. Produkty robione "na odwal się" albo dwa tygodnie po terminie nie są akceptowane, a normalną formą pracy jest zespół roboczy, a nie feudalne stosunki pan-niewolnik.

W efekcie, absolwenta trzeba najpierw oduczyć wielu zachowań, a potem nauczyć nowych. W mojej ocenie jest to jedna z przyczyn, dla których pracodawcy niechętnie sięgają po absolwentów i bezrobocie wśród nich jest tak wysokie.
Komentarze:
Redakcja Computerworld nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
mwIP: 83.136.224.325-01-2010, 00:33
Jak ja się cieszę, że skończyłem swoją przygodę z uczelnią :) Uśmiechnąłem się pod nosem czytając o "michych" paniach z dziekanatu, przypomniałem sobie swoją, a także kawał:
Przychodzi baba do lekarza ze studentem w du**e, lekarz pyta:
- Co pani jest ?
- Dziekanat!

XXXIP: 91.213.255.710-01-2010, 23:17
korekta do mojego posta - literówka w słowie "laboRatorium" :-)

XXXIP: 91.213.255.710-01-2010, 12:23
Czytają czytają. Bo nie są już studentami, tylko prawnikami pracującym dla branży IT :-) W sumie nie jest źle, ale ... żadna w tym zasługa uczelni. Podczas studiów, zamiast uczyć się na pamięć definicji gospodarstwa rolnego i zasad jego dziedziczenia zgłębiałem wyszperane z netu artykuły z renomowanych anglojęzycznych czasopism prawniczych. Później wiedza ta zaprocentowała i to bardzo. Szkoda, że wkładem moich wykładowców w ten cały sukces było jedynie przeszkadzjstwo. Znany profesor ze Stanford, z którym miałem okazję rozmawiać o tym przy piwku nie mógł tego zrozumieć.

Idąc dalej, na mojej uczelni mnóstwo było katedr zajmujących się historią każdej z dyscyplin prawniczych. Można było skończyć studia ucząc się wyłączenie historycznych bzdetów. Przypuszczam, że jedynym uzasadnieniem dla tych wszystkich zajęć była potrzeba utrzymania etatów dla znajomków. Sztandarowy przykład - profesor Majchrowski, obecny prezydent Krakowa prowadził bardzo istotny przedmiot jak ''historia porównawcza ustrojów Polski w latach 1918-1939" Osobny przedmiot, gabinet, rewelacja.

Podobnie sprawa ma się na aplikacjach prawniczych - wykładowcy udają że uczą, aplikanci udają że się uczą, sędziowie udają, że tego nie widzą. To cały system, w którym nikomu NIE ZALEŻY na obiektywnych osiągnięciach.

Kończąc moje gorzkie żale - ktoś z mojej rodziny również skończył biotechnologię. Później wyjechał do pracy w zagranicznym ośrodku naukowym. Niestety, zaległości w praktycznej wiedzy wymaganej w tym labolatorium uniemożliwiły kontynuacje kariery i osoba ta została na bezrobociu...

JerzyMIP: 88.156.19.22010-01-2010, 11:04
Przyglądał się ktoś z was w jaki sposób student staje się doktorantem? Nie ma to nic wspólnego z wybieraniem perełek czy najlepiej rokujących na roku... chyba że jako kryterium rokowań obiera się np. zdolność do lizusostwa, brak ambicji czy inne tego typu chore pozostałości PRLu. Jak dobieramy kolejne pokolenia w ten sposób to czego oczekiwać? Że osoby dobierane wg. klucza "nie wybija się, nie myśli" cokolwiek zmienią?

Jakub ChabikIP: 81.95.195.8510-01-2010, 10:53
Mój Boże, czytają mnie studenci prawa... aż mi się miętko na serduszku zrobiło.

O ile zarówno z XXX-em, jak i Kravtzem zgadzamy się do co diagnozy, mam wrażenie, że ciągle jeszcze nie widzimy dalekosiężnych konsekwencji tego faktu. "Białoruska", jak trafnie piszą Kravietz i XXX, nauka to hamulec rozwoju tego kraju nie mniej poważny niż niedoinwestowana energetyka czy starzejące się społeczeństwo. Tylko że o ile z tamtym coś ktoś robi, to z nauką - nic.

XXXIP: 91.213.255.710-01-2010, 00:11
Podpisuje się pod Pana artykułem. Jako student prawa najbardziej renomowanej uczelni w Polsce (na 460 miejscu listy światowej) nieraz byłem zażenowany seksistowskimi odzywkami profesorów do studentek. Nieraz zdarzało się nam wstydzić za naszych profesorów wobec amerykańskich renomowanych profesorów, których jakimś cudem udało się, nam studentom, ściągnąć do Polski. Kiedyś poszedłem do dziekana załatwić sprawę studencką - trafiłem na moment kiedy żarł (bo inaczej nie można tego nazwać) kiełbasę zawiniętą w gazetę! Skąd ta mentalność i zwyczaje ?
Otóż dowiedziałem się tego od mojego dziadka. Studiował razem z tymi Panami i Paniami jako doktorant. Prawie 100% z z nich została obsadzona z klucza partyjnego, wielu pochodziło z biedy, a partia dawała im szanse na wybicie się. Z panem dziekanem dziadek kupował jego pierwszą w życiu białą koszulę...

Jest dokładnie tak, jak Pan opisuje - polskie uczelnie to białoruski skansen.
Liczba zatwierdzonych komentarzy: 7      dodaj swój komentarz      więcej >>  

Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych.
© copyright 2010 IDG Poland SA
04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12
tel. (+48 22) 321 78 00  fax (+48 22) 321 78 88