|
Ostatnie 20 wpisów...
|
Film Który Zostaje
Wpis z dnia: 2009-12-30, z godziny: 16:02
Wczoraj wieczorem poszedłem na "Avatar", oczywiście w 3d. Muszę przyznać, że dawno nie widziałem tak dobrego filmu SF. Poniżej garść refleksji, z raczej niewielkimi spoilerami.
W warstwie fabularnej "Avatar", jak trafnie piszą recenzenci, nie jest szczególnie wyszukany. Jest to "Pocahontas" dla pokolenia wychowanego na konsolach. Moja Mama, której estetyka kształtowała się w połowie ubiegłego wieku, powołuje się raczej na pokrewieństwo z "Winnetou". Pewnie im głębiej kopać, tym dalej by się dokopało - aż do mitu o Prometeuszu, który tak ukochał ludzi, że zdradził boskie plemię. Tylko że to Hollywood, Prometeusz nie zostanie więc przykuty za karę do skały, tylko... no dobra, już nie spoiluję. Notabene, mam wrażenie, że dobre kino SF niebazujące na powieści lub opowiadaniu zdarza się stosunkowo rzadko. Nieliczne wyjątki - "Obcy", "Terminator" - nie zmienią mojego generalnego przekonania, że robienie dobrych filmów nieopartych o literaturę zasadniczo się nie udaje. A że dobra literatura SF została już częściowo wyeksploatowana, a częściowo się zestarzała moralnie (czy raczej "technologicznie"), to i coraz trudniej będzie o dobre filmy SF. Kulturowo "Avatar" jest dzieckiem swoich czasów. Mamy więc obowiązkowy wątek wrażliwości na kulturę innych ludów, nawet jeśli uważamy je za niżej rozwinięte od nas, oraz równie obowiązkowy wątek ekologiczny. Ameryka - a raczej jej samozwańcze sumienie, czyli lewicowe elity Hollywood - ma kaca po Iraku. Dwa szwarccharaktery filmu - funkcjonariusz korporacji i psychopatyczny pułkownik marines - co i rusz rzucają cytatami z Busha, Rumsfelda i Cheneya. Mamy więc ciekawie i wiarygodnie zarysowany konflikt pomiędzy nauką i wrażliwością a siłą uosabianą przez chciwe korporacje i brutalne wojsko. Mamy obowiązkowy wątek miłosny i to w dwóch wymiarach: miłości dwojga Ludzi (nie przez przypadek wielką literą) oraz przybysza do ludu, który uznał za własny i którego kulturę i wartości przyjął. Z postaci najciekawsza jest chyba dr Grace Augustine, do roli której została znakomicie wybrana Sigourney Weaver. Dzięki temu wyborowi widzimy więc Ellen Ripley z "Obcego" po dwudziestu latach i z doktoratem. W reżyserowanej przez tego samego Jamesa Camerona części drugiej, "Obcy - decydujące starcie" stawała u boku żołnierzy, z bronią w ręku, przeciwko pierwotnej sile planety, w obronie własnego gatunku. Dzisiaj, dwie dekady później również staje, ale tym razem u boku tubylców przeciwko swojemu gatunkowi i swoim dawnym sojusznikom - marines. A wszystko po to, by chronić planetę, jej ekosystem i mieszkańców. I - jeśli mnie pamięć nie myli - jest bodaj jedyną postacią, która w całym filmie nie sięga po broń. Tak jakby Cameron chciał nam powiedzieć, że Ellen Ripley dojrzała, swoje wystrzelała i teraz już - jako dr Augustine - wie, że przemoc nie rozwiązuje problemów. Trudno o lepsze symboliczne podsumowanie zmian w świadomości społeczeństw Zachodu dokonanej na przestrzeni dwudziestu lat. Ale "Avatar" jest przede wszystkim piękny. Nie przez fabułę czy odtwarzane postaci, a poprzez przyrodnicze tło. Uroda planety Pandora, wzmacniana efektem 3d w kinie, jest porażająca. Technologii komputerowych efektów specjalnych użyto tym razem nie tylko po to, by zrobić wrażenie na widzu (choć niewątpliwie jest ono piorunujące), ale przede wszystkim by wywołać u widza tęsknotę za Rajem Utraconym. Jak piszą media, fakt, że przed premierą wyciekły kopie, niespecjalnie zburzył dobre samopoczucie producentów, bo liczyli na to, że nikt nie będzie chciał oglądać marnej jakości podróbek w sytuacji, gdy głównym atutem oryginału jest orgia trójwymiarowych barw i dźwięków. Potwierdzam - oglądanie Avatara nawet na kopii dobrej jakości i w domowym zaciszu, ale bez okularów i dźwięku digital dolby, to zupełnie inne doznanie. Na film trzeba iść do dobrego kina. Reasumując, "Avatar" jest jednym z Filmów Które Zostają. Wymyśliłem tę kategorię jakiś czas temu, próbując zdefiniować kino, którego życie jest nie tylko dłuższe niż tzw. weekend otwarcia (co już zdarza się rzadko) i która wyznacza nowe standardy w swoim gatunku (co w ogóle jest niezwykłe). Takie filmy poznać m.in. po tym, że w trailerach innych filmów pojawiają się odwołania do niego (np. autor zdjęć do Avatara wraca w filmie XYZ). Produkcje tej klasy rzadko mają w ogóle sequele, a już nieomal nigdy nie są one udane (casus Matrixa). "Avatar" pozostanie z nami na dłużej, ja zaś gorąco zachęcam do jego obejrzenia. Uwaga: miejsce w kinie najlepiej zarezerwować w miarę nisko, najlepiej w ok. 1/3 wysokości sali - wtedy efekty 3d są najlepsze. Komentarze:
Redakcja Computerworld nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
| |||||||||
| Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych. | ||
|
© copyright 2010 IDG Poland SA 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel. (+48 22) 321 78 00 fax (+48 22) 321 78 88 |
|