|
Ostatnie 20 wpisów...
|
Morza może nie wyleją, a dziecko już wylane
Wpis z dnia: 2009-12-19, z godziny: 10:32
Jak już pisałem, z jednej strony jestem eko-entuzjastą, z drugiej - eko-sceptykiem.
Jestem eko-entuzjastą bo kocham przyrodę i zawsze serce mnie boli, kiedy widzę, gdy ktoś ją niszczy. Śmieci w lasach, zadeptane tatrzańskie regle, zniszczone sosny w Karkonoszach - wszystko to widziałem na własne oczy i nie daje mi to spokoju. Ilekroć spaceruję bałtycką plażą w Polsce cieszę się, że nie daliśmy sobie zdewastować wybrzeża jak Hiszpanie czy Włosi, stawiając wielopiętrowe hotele co krok. Tatry, jedyną "perłę w koronie" naszych gór, najchętniej otoczyłbym trzymetrowym płotem pod napięciem, udostępniłbym dla ruchu dwa szlaki (na Kasprowy i do Doliny Chochołowskiej), a na resztę wprowadziłbym przepustki i rezerwacje, tak jak robią to Amerykanie w swoich górach, których mają bez porównania więcej. Jednorazowa przepustka kosztowałaby pięć dych, całoroczna - stówkę (50% ulgi dla młodzieży). Dla tych, ktorzy kochają góry, zapłacenie nie byłoby problemem; ci, którzy traktują górskie szlaki jako przedłużenie Krupówek, zostaliby na dole i popijali "Harnasia" zagryzając oscypkiem. Jestem eko-sceptykiem, bo widzę, że istotne kwestie ochrony przyrody ochrony przyrody stały się tematem nie tyle nauki, co wielkiej polityki. Za fasadą troski i środowisko czają się potężne interesy: producentów "czystej" energii (Francja, Norwegia), posiadaczy nadwyżek w prawach do emisji CO2, gospodarzy giełd handlu prawami do emisji, posiadaczy patentów i technologii produkcji turbin wiatrowych, itd. Widać wyraźnie, że oni wszyscy mają w tzw. dużym poważaniu środowisko, bardzo troszczą się natomiast o własne kieszenie. Wbrew temu co piszą media, konflikt ujawniony na szczycie w Kopenhadze nie wystąpił między rozwijającymi się i rozwiniętymi. Widzę co najmniej cztery strony tego konfliktu: - Kraje rozwinięte realnie zagrożone albo będące pod presją "zielonego" elektoratu - w tej liczbie przede wszystkim Stara Unia. - Kraje rozwinięte realnie nieagrożone albo zbyt uzależnione od "brudnej" produkcji przemysłowej - w tej liczbie przede wszystkim USA, ale również Japonia, Korea Południowa i chyba także Polska - Kraje rozwijające się, które aspirują do zachodniego poziomu życia i nie zamierzają w imię interesu środowiska wyhamowywać tego rozwoju (Chiny, Indie, Brazylia). Część z nich, np. Rosja czy Kanada, tylko czeka na globalne ocieplenie - bo dzięki niemu będzie mogła tajgę obsiać pszenicą, puścić ruch statków tzw. przejściem północnym i dobrać się do złóż gazu w Arktyce - Kraje rozwijające się, które albo są realnie zagrożone, albo nie rozwijają się tak szybko i w związku z tym chętnie wezmą dotacje, a nie muszą ograniczać swojej produkcji przemysłowej, bo bez tego jest ona niewielka - w tej liczbie np. Malediwy czy cała Oceania, ale także mniej rozwinięte kraje Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej Ponieważ nie udało się wymyślić mechanizmu, który uwzględniałby interesy wszystkich i byłby dla wszystkich do zaakceptowania, podpisane w Kopenhadze porozumienie jest warte tyle, ile papier, na którym zostało spisane. Ale - w mojej ocenie - winę za to ponoszą nie tylko politycy, ktorzy nie chcieli narazić się wyborcom i lobby przemysłowym, ale także krótkowzroczni eko-entuzjaści, którzy nie cofali się przed fałszem, szantażem emocjonalnym oraz finansową presją na przeciwników swoich tez, aby ich pognębić, a samemu zdobyć pieniądze na badania. Afera z wyciekiem danych z Uniwersytetu Norwich i jej echo w społeczeństwie to, moim zdaniem, efekt braku zaufania społeczeństw do owych eko-entuzjastów i ich metod. Nie wiem, czy wyleją morza, do których stopią się lodowce Arktyki i Antarktydy. Nie wiem, czy wystepowieją całe połacie Polski, a Sahara dojdzie aż do Morza Śródziemnego. Ale wiem, że tzw. "ekologom" mało kto dziś wierzy. Podzielam zdanie tych, którzy twierdzą, że jeśli dwutlenek węgla emitowany przez człowieka ma tak istotny wpływ na klimat, to procesy te są nie do zatrzymania i raczej powinniśmy się przygotowywać na ich skutki, niż im przeciwdziałać. Myślę jednak, że wylano dziecko z kąpielą. Na pewno potrzebujemy rzetelnych, nieskażonych ideologią, interesami i interesikami badań nad klimatem. I na pewno potrzebujemy wiarygodnych, stałych i możliwie nieuciążliwych dla środowiska źródeł energii. Turbiny wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne traktuję jako źródło, którze może rozwiązać problemy lokalne (tam gdzie wieje, grzeje i gdzie są góry z dużymi rzekami) i w uzupełnieniu do innych źródeł. W tej chwili jedynym realnym wyborem dla takiej np. Polski jest energetyka jądrowa. Globalnie - w perspektywie kilkudziesięciu lat - wydaje mi się, że takim źródłem jest energia termojądrową. Gdyby kraje "eko-wrażliwe", które dziś wpychają wszystkim swoje wiatraki i prawa do emisji jako dodatek do ograniczeń dla możliwości przemysłu, przeznaczyły choć część tych środków na badania nad nowymi źródłami energii, już pewnie dziś mielibyśmy nie jeden ITER, a pierwsze ciągle prototypowe, ale już komercyjne tokamaki albo polywelle. Komentarze:
Redakcja Computerworld nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych. | ||
|
© copyright 2010 IDG Poland SA 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel. (+48 22) 321 78 00 fax (+48 22) 321 78 88 |
|