30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
styczeń luty marzec
kwiecień maj czerwiec
[lipiec] sierpień
wrzesień październik
listopad grudzień
17.07.2008, czwartek
Wpis z godziny: 18:49 | Skomentuj | Komentarze: 1
Od kiedy Komisja Europejska przystała na kolejne 3 miesiące zwłoki w sprawie polskich stoczni, sprawa przycichła. A ja się zastanawiam, dlaczego w licznych doniesieniach medialnych na temat stoczni i pomocy publicznej nikt nie zadał właściwego pytania: dlaczego władowaliśmy grube miliardy w pomoc publiczną dla stoczni zamiast w innowacje albo kapitał ludzki?

Wedle różnych źródeł pomoc publiczna dla Stoczni w okresie 2003-2007 wyniosła ok. 5-7 mld złotych. Przy łącznej liczbie zatrudnionych w trzech stoczniach wynoszącej ok. 15 tys. i - oszacujmy - kolejne 20 tys. w firmach współpracujących, oznacza to koszt utrzymania jednego miejsca pracy na poziomie ok. 150-200 tys. zł. Jeśli przyjmiemy liczbę realnie pracujących w Polsce na 7 mln (na ok. 25% szacuję liczbę miejsc pracy niewnoszących ekonomicznej wartości dodanej, np. rozdętą biurokrację oraz przerosty zatrudnienia w firmach wyłączonych gry rynkowej, jak np. PKP lub Poczta Polska), wyjdzie, że każdy z nas dołożył do przemysłu stoczniowego od kilkuset do tysiąca złotych.

Za co, pytam? Koszt utworzenia jednego miejsca praca szacowany jest od 30 do 80 tys. złotych. Łączne wydatki na badania i rozwój w ostatnim roku wyniosły 0,6% PKB czyli mniej właśnie ok. 5-6 mld zł (zależnie od tego, jaki kurs dolara przyjmiemy).

Czemu, do cholery, nikt nie zada pytania: jak to możliwe, że na utrzymanie kilkudziesięciu tysięcy miejsc pracy nasz kraj wydaje tyle ile na badania i rozwój? I to bez gwarancji, że za chwilę te miejsca pracy po prostu znikną (kiedy słyszę o związkowcach, którzy zamiast do pracy idą pod dom premiera, to doprawdy słabo wierzę w skuteczną prywatyzację). Dlaczego, u licha, miałbym jako podatnik płacić tysiąc złotych za spokój społeczny zamiast o połowę mniej za trwałe utworzenie miejsca pracy dla zwolnionego stoczniowca? Czy ktoś może mi wytłumaczyć, jako wyborcy, podatnikowi i obywatelowi tego kraju, który ma zamiar jeszcze kilkadziesiąt lat pożyć i który jest żywo zainteresowany, abyśmy szli raczej w górę niż w dół?

Wpis z godziny: 20:31 | Skomentuj | Komentarze: 2
Na zaprzyjaźninym blogu Bartosz Górczyński pisze o swoich wrażeniach z wystąpienia gen. Polki na Forum HelpDesk. Przyznam, że i mnie na początku udzieliła się fascynacja generałem. Ale zaraz potem skonfrontowałem to, co usłyszałem podczas jego wystąpienia z tym, co wiem od moich znajomych, którzy w wojsku służyli albo tam pracują (jako kadra zawodowa). Polko mówi o przywództwie, zaufaniu, wzajemnym wspieraniu się ('who needs a hand?'), odpowiedzialności za innych, zespołowym wysiłku i budowaniu atmosfery. Moi znajomi mówią o bezwzględnym posłuszeństwie, nepotyźmie, korupcji, zasadzie 'bierny, mierny, ale wierny', klikach i koteriach, awansach znikąd i powszechnym szabrowaniu państwowego majątku.

Widać, w innym wojsku służy gen. Polko, w innym oni.

Ci sami informatycy i menedżerowie, którzy dzisiaj słuchają generała z otwartymi ustami, a potem latają z paintballowym markerem po polu i strzelają się w ruinach, żeby poczuć odrobinę adrenalinki, we właściwym czasie zrobili wszystko, żeby od wojska się wymigać. Gubili książeczki wojskowe, mieszkali w innym miejscu niż mieli meldunek, prowadzili przez lata lewe kartoteki na oddziałach szpitalnych - wszystko po to, by uniknąć rzekomej "męskiej przygody". Czy to na pewno konsekwentne?

Z całym szacunkiem dla Polki, on i jego świat wydają mi się raczej zjawiskiem z gatunku rzeczywistości medialnej niż opisem wojskowej codzienności. Natomiast pozostaję pod wrażeniem wrażenia, jakie robi mundur i militarny albo paramilitarny dryl. Widać, wraz z rezygnacją z powszechnego poboru czegoś brakuje dużym chłopcom z dyplomami MBA, trzynastoma certyfikatami technologicznymi oraz IQ powyżej 150.

Potrzebujemy takich legend. Choć ja też ulegam do pewnego stopnia tej fascynacji (patrz załączony obrazek), to jednak moim prywatnym bohaterem nieodmiennie pozostaje menedżer, który śpi na styropianie ze swoimi ludźmi podczas poważnej awarii, a rano wstaje pierwszy i organizuje dla wszystkich ciepłą zupę (widziałem na własne oczy). Albo jeszcze lepiej - taki, który tak zarządza, by awarii nie było.

09.07.2008, środa
Wpis z godziny: 23:37 | Skomentuj | Komentarze: 2
Przez jakiś czas przyglądałem się pracy inżyniera elektryka, który projektował instalację elektryczną do remontowanego domu. Stara budowla z lat 30-tych ubiegłego wieku wymagała całkowicie nowej instalacji. Sądziłem, że ów elektryk będzie coś liczył, kombinował, itd.

Otóż, nic podobnego. Wziął gotowy "algorytm" postępowania elektryka (zawarty w jakiejś Polskiej Normie, jeśli się nie mylę) katalog standardowych produktów, oprogramowanie za ok. 200 zł i rach ciach wszystko zaprojektował. Potem dał koledze do podpisania (w myśl polskiego prawa musi być wpisane nazwisko w rubryce "sprawdził") i oddał to inwestorowi. Do gotowej instalacji zawołani zostaną jeszcze dwaj inni elektrycy: jeden (powołany przez inspektora nadzoru) zatwierdzi instalację po wykonaniu w imieniu inwestora, drugi - "odbierze ją" (albo, jeśli się nie mylę, tylko jej część związaną z przyłączem) w momencie "przepięcia" głównego zasilania ze starej, hitlerowskiej jeszcze instalacji na nową.

Przez moment zazdrościłem mu. Wszystko ma poukładane - pracuje w ramach regulacji prawnych, ustalonych struktur i procesów, z katalogami pod pachą i wedle uznanych prawideł. Jeśli nie rozwiązuje bardzo nietypowego problemu, raczej nie ma szansy popełnić błędu. Ale zaraz potem pomyślałem sobie, że gdyby tak właśnie wyglądała praca informatyka to... nigdy nie zostałbym informatykiem. To, na co najbardziej narzekamy - niedojrzałość dziedziny, konieczność nowatorskiego podejścia do każdego niemal problemu, konieczność samodzielnego wyszukiwania informacji i przezwyciężania pionierskich trudności - jest jednocześnie tym, co w informatyce pociąga nas najbardziej. Angażowanie szarych komórek w stopniu bardziej niż przeciętnym, wymuszane przez szybkie zmiany w technologiach i metodach - po prostu "kręci". Ponadstandardowy wysiłek intelektualny i - dla mnie także - organizacyjny stanowi właśnie o atrakcyjności dziedziny. Zdaję sobie sprawę, że informatyka to dziś 80% rzemiosła, 15% innowacji i 5% prawdziwej finezji. Ale te 20% trzyma mnie w tym fachu.

Chwila, gdy trwale uznam, że bardziej pociąga mnie taka praca jak mojego kolegi elektryka, będzie momentem gdy udam się na "mentalną emeryturę".


Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych.
© copyright 2008 IDG Poland SA
04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12
tel. (+48 22) 321 78 00  fax (+48 22) 321 78 88