|
Ostatnie 20 wpisów...
|
19.03.2010, piątek Z informacji przewijających się w mediach wynika dość jasno, że Żarnowiec wygrał w rządowym rankingu na lokalizację dla elektrowni atomowej.
1. Sam fakt zlokalizowania na Pomorzu elektrowni uważam za bardzo korzystny, także z punktu widzenia lokalnego przemysłu IT. Zapotrzebowanie na energię jest jedną z kluczowych barier w rozwoju współczesnych datacenter, zaś jej koszt - jeśli dobrze pamiętam, połową całkowitych kosztów utrzymania infrastruktury. Nie dalej jak parę tygodni temu wysłuchałem tyrady jednego z inwestorów, który próbował wybudować fabrykę w okolicach Tczewa, tylko okazało się, że nie ma jej czym zasilić, bo ani nie ma prądu, ani nie ma jak go doprowadzić. 2. W odnawialne źródła energii w Polsce jako realną alternatywę dla energii z paliw kopalnych lub energii jądrowej nie wierzę. Kraje, które postawiły na te źródła energii mają albo sprzyjające warunki geograficzne (np. Norwegia ma wysokie góry, zaś Dania leży na morzu, gdzie hulają wiatry, jeszcze inni mają ostre słońce przez większość roku), albo płacą za to kolosalną cenę. Doskonałym przykładem tego ostatniego są Niemcy, gdzie postawienie na wiatraki spowodowało wzrost kosztu kWh energii do bodaj najwyższego poziomu w Europie (energię odnawialną trzeba dotować, robi się to z kieszeni konsumentów) oraz gigantycznego deficytu (Niemcy ok. połowy swojej energii importują). W Polsce - kraju, gdzie ani za bardzo nie wieje, ani nie praży słońce, ani nie ma gór ze spadzistymi rzekami - nie widzę realnego potencjału dla odnawialnych źródeł energii, a już na pewno nie w skali umożliwiającej zdrowy rozwój gospodarczy. Przypomnę tylko, że największa w Polsce farma wiatrowa ma 20 MW teoretycznej mocy (czyli, kiedy dobrze wieje, daje kilkanaście, a kiedy nie - zero). Ewentualna elektrownia atomowa będzie mieć zapewne ponad 2000 MW, może nawet ponad 3000 MW. 3. Na tzw. pakiet klimatyczny Unii Europejskiej patrzę przede wszystkim jako na sprytny podatek, który Francja i Niemcy nałożyły na resztę Europy. Francuzi mają energetykę nieomal w całości opartą o energię jądrową i duże nadwyżki, mogą więc śmiało sprzedawać "zeroemisyjne" megawatogodziny. Niemcy posiadają znaczącą część technologii tzw. odnawialnych źródeł energii. Straty na stosowaniu tej energii w kraju odbijają sobie na eksporcie technologii i urządzeń do krajów, którym narzucono pakiet. 4. Nie bez znaczenia jest aspekt polityczny energii jądrowej. W Polsce jest z tym raczej niewesoło. Paliwa kopalne, przede wszystkim węgiel kamienny i brunatny, są w segmentach gospodarki niedoinwestowanych, nieefektywnych i oddanych de facto we władanie związków zawodowych. Ryzyko polityczne jest więc spore. Inne źródła energii, przede wszystkim ropa i gaz, wiążą się z ryzykiem uzależenienia się od Rosji jako dostawcy tych surowców - czego chyba nie chcemy pogłębiać. Na elektrownię atomową w Polsce, nie ukrywajmy, krzywym okiem patrzą także inni sąsiedzi: Ukraina, Czechy, Słowacja, które chciałyby nam sprzedawać prąd, oraz Rosja, która z jednej strony też ma interesy ekonomiczne, by sprzedawać nam prąd (z budowanej właśnie elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim), a z drugiej jest naszym regionalnym rywalem i wolałaby, abyśmy nie byli samodzielni. Osobny temat to Niemcy - z jednej strony coraz wyraźniej postrzegają Polskę jako regionalnego i ekonomicznego rywala, który dawno "stracił okazję, by siedzieć cicho" i zamiast być tylko dostawcą taniej siły roboczej i rynkiem zbytu, zaczął rozwijać swoją gospodarkę szybciej niż oni oferując lepsze warunki gospodarowania. Z drugiej - są w coraz bardziej duszącym aliansie politycznym z Rosją, która zaczyna wystawiać rachunki za uprzywilejowaną pozycję niemieckich firm na lokalnym rynku i inne "specjalne relacje". Z trzeciej - woleliby sprzedawać nam swoje technologie (odnawialne), zamiast patrzeć, jak stosujemy francuskie, amerykańskie czy koreańskie. Przedsmak dała nam niedawna demonstracja niemieckich "zielonych" przeciwko potencjalnej lokalizacji elektrowni w Gryfinie - jak widać, bardzo im ona przeszkadza, znacznie bardziej niż kilkudziesięcioletnia post-enerdowska elektrownia w Greifswaldzie z reaktorem, który przeżył kilka nieciekawych incydentów. Przetrzepałbym dyskretnie listę sponsorów tej organizacji, żeby potem nie okazało się, że - tak jak "zielonych" w latach 80-tych - finansuje ich Kreml albo lobby węglowe. Inna rzecz, że właśnie z powodu Żarnowca nigdy nie potrafiłem się podpisać pod wizerunkiem Tadeusza Mazowieckiego jako Mojżesza, którzy przeprowadził nas od niewoli do niepodległości. Mazowiecki podjął taką decyzję niedługo przed wyborami prezydenckimi, które i tak przegrał z człowiekiem z peruwiańskiej dżungli. 5. Dla mnie osobiście najważniejszy jest aspekt technologiczny. Zbudowanie elektrowni atomowej to dla regionu szansa na pozyskanie kadry specjalistycznej unikatowej w skali kraju. Spodziewam się, że na przykład Politechnika Gdańska mogłaby otworzyć studia nad energetyką jądrową i kształcić kadrę. Lokalny przemysł IT mógłby uzyskać dostęp do technologii informatycznych związanych z energetyką jądrową i budować na tej podstawie własne rozwiązania dla przemysłu i energetyki. Napływ specjalistów do regionu (choć elektrownia atomowa to, umówmy się, raczej setki niż tysiące miejsc pracy) to także miła mi perspektywa. 6. I wreszcie kwestia ryzyka: tak, ryzyko wycieku radioaktywnego istnieje. Jest ono tym większe, im mniej dojrzała technologia jest zastosowana i im mniejsza demokratyczna kontrola nad inwestycją. Bardziej boję się planowanej rosyjskiej elektrowni w okolicach Kaliningradu niż elektrowni w Żarnowcu - właśnie ze względu na technologię i demokratyczną kontrolę. Wolę mieć za płotem elektrownię atomową, niż szpecące krajobraz i hałasujące wiatraki albo odkrywkową kopalnię węgla brunatnego czy elektrownię węglową. Nie ma obojętnych środowiskowo źródeł energii. Podsumowując powyższe: jestem zdecydowanie za. Spodziewam się, że inwestycja wywoła protesty krajowe i międzynarodowe, a przegląd kto, jak bardzo i w oparciu o jakie postawy będzie protestował, da nam bardzo dobry i kompletny obraz współczesnych wyzwań społecznych i geopolitycznych naszego kraju. Mój dream job to stanowisko szefa komunikacji społecznej tej inwestycji. Oprócz robienia tak 'lajtowych' rzeczy jak felietony czy blogi, robię również doktorat. Jest to element szerszego projektu badawczego prowadzonego przez Zakład Zarządzania Technologiami Informatycznymi na Wydziale Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej we współpracy z moim pracodawcą. Moim promotorem jest szef tego zakładu, dr hab. inż Cezary Orłowski prof. PG. Temat mojej pracy związany z ewolucją organizacji wsparcia według modelu ITIL. Najkrócej mówiąc, model mówi "co powinno być obecne", a ja chcę do niego dodać informację "co trzeba zrobić, żeby to się pojawiło".
Mam w tej chwili zebrane sporo danych w modelu; problem polega na tym, że nie wiem, na ile są one miarodajne dla organizacji wsparcia, a na ile dla tej garstki, z której dane zebrałem. Innymi słowy, czy posługując się modelem do wsparcia decyzji typu "co powinniśmy zrobić, żeby ustawić sobie proces zarządzania zmianą (Change Management) na poziomie dojrzałości 3" będziemy mieć rady stosowne dla wszystkich (albo większości organizacji), czy jedynie tych, która w tej chwili posłużyły do budowy modelu. Dlatego potrzebuję weryfikacji modelu przez osoby, które organizację wsparcia (a zwłaszcza jej zmianę) widzą z bliska i potrafią odpowiedzieć na pytania w rodzaju: Czy rzeczywiście poparcie zarządu ma kluczowe znaczenie? Czy narzędzie jest absolutnie konieczne, żeby ustawić dobry proces zarządzania problemem? Czy brak pełnoetatowego właściciel procesu to czynnik, który uniemożliwia wdrożenie tego procesu, czy też można sobie wyobrazić, że ktoś pełni tę rolę przy okazji? Zbierając dane z innych organizacji, w zamian oferuję swoje. Model, docelowo, ma być modelem wsparcia decyzji i być dostępny on-line. Wszystkim, którzy udostępnią mi dane, zaoferuję dostęp do niego, ułatwiając im tym samym zmianę w ich organizacjach Bardzo proszę o kontakt osoby, które byłyby zainteresowane na jakub.chabik[małpa]ebit.pl 07.03.2010, niedziela Minister Michał Boni był uprzejmy powiedzieć na konferencji "Polska otwarta":
Mnie się wydawało, że my (...) "budujemy społeczeństwo informacyjne" i nagle uświadomiłem sobie (...) że nie: my projektujemy jakieś społeczeństwo informacyjne, tylko jesteśmy w samym środku społeczeństwa informacyjnego. I jeśli, że tak powiem, przedstawiciele państwa zrozumieli to ostatni, to wybaczcie, ale zrozumieli. (cytuję za VaGlą) Cóż, lepiej późno niż wcale - chciałoby się powiedzieć. Widzę ministra Boniego, któremu nagle klapki spadły z oczu, niczym Neo po wyłowieniu przez Nabuchodonozora i mruga nerwowo: jakże to, miało być tak, że my, władza rządzimy, a społeczeństwo się słucha. Ewentualny protest miał zostać skanalizowany, zwrócony na jakieś nieistotne kwestie techniczne albo rozmyty przez życzliwe nam media, a tutaj sytuacja wymknęła się spod kontroli. W rządowych scenariuszach oporu społecznego jest wyraźnie miejsce na górników strzelających petardami pod Kancelarią Premiera albo rolników stawiających w poprzek dróg swoje maszyny, ale nie ma na opór społeczeństwa sieciowego. Podpowiem ministrowi, że stało się coś więcej: środowisko, które osiągnęło samoświadomość pierwszy raz podczas sprawy Kataryny, umocniło przekonanie o własnej sile. Sytuacja będzie rozwijała się w zupełnie nowym kierunku: spór PiS-PO, monopolizujący dyskurs publiczny przez ostatnich 5 lat, będzie tracił na znaczeniu, bo oto na arenę wszedł trzeci gracz: podmiotowo zachowujące się społeczeństwo. Trochę dziwię się zdziwieniu Boniego, powiem szczerze, bo uważałem go - obok Pawlaka i Rostowskiego - za jednego z bardziej "kumatych" ludzi w tym rządzie. Ale najwyraźniej intelektualne nożyce pomiędzy władzą a społeczeństwem rozwarły się jeszcze bardziej: już nie dystans, ale przepaść dzieli poziom dojrzałości intelektualnej i świadomości przeciętnego przedstawiciela grupy wykształconych normalsów od poziomu prominentnych przedstawicieli władzy. Trzeba było, panie ministrze, w porę przeczytać Castellsa albo przynajmniej Bendyka. My to zrobiliśmy. Zacząwszy ten wpis od cytatu z Matrixa, nie mogę sobie odmówić, żeby go podobnie nie zakończyć: it's not the spoon that bends, it's yourself. Przemyśl go sobie, mister minister. |
| Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych. | ||
|
© copyright 2010 IDG Poland SA 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel. (+48 22) 321 78 00 fax (+48 22) 321 78 88 |
|