O suwerenności i reprezentacji – rozmyślania na marginesie ACTA
Przez internet przewala się właśnie fala protestów związanych z przewidywanym podpisaniem Anti-Counterfeitng Trade Agreement, czyli ACTA. Wraz z amerykańskimi ustawami SOPA oraz PIPA stanowi to masę krytyczną, którą przewidywałem na początku roku – rządy i korporacje postawiły ostatecznie zmienić reguły gry w internecie. W miejsce twórczego, ale trudnego do kontrolowania chaosu, postanowiły zaprowadzić policyjny porządek, przede wszystkim tam, gdzie istniejący model godził w interesy korporacji, służb specjalnych oraz biurokracji.
W Polsce trwa burza wywołana nie tyle przez treść uzgodnienia (założę się, że większość osób go w ogóle nie czytała) ile przez tryb przyjęcia. Okazuje się, że traktat międzynarodowy godzący w podstawowe prawa obywatelskie, jak prawo do wolności wypowiedzi i prywatności, przyjęto jako załącznik do załącznika do załącznika. Poniżej garść refleksji:
- Wbrew zwolennikom teorii spiskowych, nie wierzę, że polski rząd uczestniczył w jakimś wielkim, tajnym spisku. Oznaczałoby to, że rozumie choć odrobinę procesy dziejące się w cyfrowym świecie i zmianę mechanizmów sprawowania władzy i ośrodków, które tę władzę faktycznie sprawują. Bez przesady, nie przeceniajmy naszych polityków. Sądzę, że rząd i Sejm został w tej sprawie wyrolowany dokładnie tak samo jak internauci. Oni naprawdę nie wiedzieli na co się zgadzają; premier Tusk i minister Boni nie byli „rolującymi”, a „rolowanymi”.
- Prawdziwym „rolującym” była brukselska biurokracja, pozostająca pod wpływem lobbystów z koncernów medialnych oraz krajów, dla których eksport praw autorskich jest istotną pozycją bilansie handlowym. Polska takim krajem nie jest, a potrzebuje praw autoskich (patentów, technologii, mediów) do rozwoju – w związku z tym przyjęcie restrykcyjnych przepisów ACTA nie jest w naszym interesie.
- „Pospolite ruszenie” nt. ACTA, które zepchnęło z pierwszych stron gazet oraz portali inne tematy, jest tyleż fajne co straszne. Założę się, że 90% jego uczestników nie rozumie za wiele, poza tym, że rząd chce ich wykiwać (i pewnie nie będzie można ściągać torrentów). Trochę się boję załatwiania spraw publicznych za pomocą fejsbukowych stron „Nie dla <tu wpisz inicjatywę rządową>” albo ulicznych demonstracji. Łatwo je zorganizować tyleż w słusznej, co w niesłusznej sprawie, a kontrolować jest trudno zawsze.
- Przypominam, że prawo podobne do ACTA obowiązuje w wielu krajach, a torrenty, TPB, filesoniki i megaupload’y działają jak działały – jak ktoś likwiduje jeden serwis, powstaje pięć innych. Nie do końca rozumiem, skąd przekonanie, że zapisy traktatowe załatwią sprawy, których nie załatwiły prawa krajowe. Polska policja nie stanie się przez to bardziej sprawna, polskie sądy nie zaczną rozumieć różnicy między odpowiedzialnością za publikowaną treść a odpowiedzialnością za platformę hostującą, itd. Wniosek: konieczna jest analiza treści źródłowej traktatu i odniesienie się do konkretnych jego zapisów, aby stwierdzić czy i w jakim stopniu ograniczają one prawa obywatelskie gwarantowane przez polski system prawny.
- Rzekomy „atak na polskie strony” okazuje się być zwykłym szukaniem przez obywateli informacji. Winnym w tej sprawie jest głównie polska administracja, która żyje nadal w epoce papierowej i dokumenty wrzuca w postaci skanowanych bitmap papierowych kwitów. W efekcie pełny tekst traktatu ma 25MB, a mógłby mieć zapewne jakieś 300-500 KB. Nic dziwnego, że rządowe łącza się wysyciły, a providerzy odcięli rząd od internetu. Co, nawiasem mówiąc, daje mu dość dobrze poczuć to, co chciałby po przyjęciu ACTA zafundować swoim obywatelom. Premierze Donaldzie Tusku, skoro nie potrafisz sobie poradzić z dużym ruchem, zapytaj córki – ona radzi sobie doskonale. Spodziewam się natomiast, że w argumentacji biurokratów pojawi się natychmiast argument o „terroryźmie” i język siły.
- Piotr „VaGla” Waglowski, który stał się chyba jednym z głównych sprawców tej awantury oraz głównym autorytetem w dziedzinie prawa internetowego, jeszcze trzy miesiące temu na konferencji PTI w Jachrance dzielił się ze mną troską, jak czworokącie obywatele-organizacje pozarządowe-media-biznes wykreować masę krytyczną, która sprawi, że rząd poczuje obywatelski „oddech na plecach” i wreszcie weźmie się za digitalizację administracji oraz zapewni transparentność stanowienia prawa. Wydaje się, że już nie ma tego problemu; może mieć teraz problem z zagospodarowaniem uwolnionej energii i skierowaniem jej na strukturalne i instytucjonalne tory. Piotrze, kibicuję Ci z całej siły, jeśli mogę Ci pomóc – daj znać jak.
- Patrząc w kontekście bieżącej polityki, spór o ACTA pokazuje całą żałość polskiej sceny politycznej. Gdyby lewica choć ociupinę wyszła z ciasnych ram narzuconych przez postkomunistyczną przeszłość (SLD) albo efekciarskich, ale powierzchownych pomysłów importowanych z Zachodu (Palikot), od dawna grzmiałaby o polskim rządzie, który znowu chce zabrać biednym, by dać bogatym i wpływowym (spokojnie można uzasadnić taki komunikat w oparciu o lekturę ACTA). Prawica zaś piałaby o utracie suwerenności narodowej na rzecz brukselskich biurokratów oraz na rzecz międzynarodowego kapitału (a wiadomo kto rządzi kapitałem, prawda?). A tymczasem lewica jara jointa, zaś prawica buduje pomniki smoleńskie. Czuję się w tym otoczeniu jak pensjonariusz domu wariatów: nie wiem do końca kto jest nienormalny, ja czy oni? Bo wszyscy nie mogą być normalni.
I wreszcie refleksja całkiem na serio: mamy do czynienia z poważnym kryzysem reprezentacji demokratycznej. ACTA to tylko zapalnik. Mieszkańcy Europy – i ci, co protestują przeciwko ACTA, i ci którzy budują miasteczka namiotowe Oburzonych, i ci, którzy krytykują chocholi taniec w grupie Merkel-Sarkozy-”świnie”-MFW-EBC – zwyczajnie przestali wierzyć, że ci, którzy nimi rządzą, naprawdę pochodzą z ich wyboru i są realnie wsłuchani w ich głos. Odwrotnie: są przekonani, że obrośli w sadło biurokraci realizują głównie własne interesy oraz interesy tych, którzy ich finansują, obywateli Europy mając w tzw. dużym poważaniu. Szczerze mówiąc, podzielam to przekonanie. I to jest prawdziwy problem.
I druga refleksja, też całkiem serio: losy ACTA, niemożność ograniczenia listy leków refundowanych, niemieckie protesty na temat energetyki jądrowej w Polsce, podejmowane przez Brukselę próby zablokowania poszukiwania gazu łupkowego w Polsce (rzekomo w imię ochrony środowiska, faktycznie w imię ochrony niemieckich firm współpracujących z rosyjskimi oraz francuskiego sektora energetycznego), z dość dużym zakłopotaniem każą patrzeć na suwerenność naszego kraju.
Wszędzie tam, gdzie Polska próbuje się wyrwać z postkolonialnego modelu wyzyskiwanej przez metropolię prowincji (miliardy płacone koncernom farmaceutycznym, Gazpromowi, kary za emisję CO2, itd.), pojawiają się – oczywiście całkowicie uzasadnione, obiektywne oraz kierowane wyłącznie troską o nasz los – powody, dla których akurat nie możemy tego zrobić. I to jest moja najbardziej przygnębiająca refleksja z ostatnich miesięcy.

Najnowsze komentarze