Remanent (po)wakacyjny

31 sierpnia 2010 Komentarze: 1

Na dobre wróciłem po urlopie. To znaczy wróciłem parę dni temu, ale nawał obowiązków sprawił, że do komputera usiadłem dopiero teraz. A oto krótki remanent pourlopowy.

1. Do Niemiec i Niemców zawsze miałem stosunek ambiwalentny, ale cztery noce spędzone w niemieckich górach, w padającym deszczu, a do tego pod namiotem, doprowadziły mnie do chwilowej skrajnej germanofobii do jakiej nie potrafili doprowadzić Gerhard Schroeder i Erika Steinbach razem wzięci. Uciekaliśmy na południe, w kierunku wybrzeża Morza Śródziemnego.

2. We Francji w publicznych punktach internetowych mają komputery z jakąś kretyńską klawiaturą. Brrr, kto to wymyślił.

3. Komisja Europejska reguluje nam ceny roamingu danych w Unii, ale nie reguluje standardu połączenia (APN, username, itd.). W efekcie łączność jest i tak utrudniona.

4. Kiedy podłączałem swojego laptopa przez francuskie Wi-Fi, dostawałem zupełnie inne wyniki wyszukiwania niż podłączając go do sieci w pracy czy w domu. Ohlala, strach pomyśleć co oni o mnie wiedzą! Może nawet wiedzieli w jakim chateau zaopatrywałem się w półwytrawne rosé i który to był rocznik?

5. Transakcja kartowa na bramce francuskiej autostrady trwa ok. trzy sekundy (zasysa i zaraz wypluwa kartę). Ta sama transakcja na bramce polskiej autostrady A1 trwa około minuty (kwota, PIN, wydruk potwierdzenia). Karta jest wydana przez polski bank. Bez komentarza.

6. Po raz pierwszy nikt nie poprosił mnie o dokumenty przez cały pobyt. Również dotyczyło to żony i dzieci. Internetowe rezerwacje (spaliśmy na trzech kempingach) wystarczyły. Ale wrażenie prywatności jest pozorne: logująca się do stacji bazowych komórka, fotografowane na autostradach tablice rejestracyjne oraz regularne transakcje kartowe zostawiają po nas ślad dalece trwalszy niż jakiekolwiek kontrole żandarmerii.

7. A propos systemów, mam nadzieję, że nie są jeszcze dość zintegrowane. Ktoś wie ile może kosztować mandat za (niewielkie) przekroczenie prędkości na obwodnicy Montpellier? Bo mi fotoradar błysnął w oczy…

Tagi:

EA Paramount Pictures (uaaaaa!) przedstawia: Wolfenstein 3D, wersja 27

10 sierpnia 2010 Komentarze: 1

Media ekscytują się informacjami, że budżety gier komputerowych zaczęły przypominać budżety produkcji filmowych. W ich ocenie (i mojej do niedawna także) świadczyło to o rosnącej roli interaktywnej rozrywki. Podsumujmy wszystkie podobieństwa:

  • produkcja gier została skonsolidowana w rękach dosłownie kilku producentów
  • pojawiła się kategoryzacja wiekowa (a dokładniej: dwie PEGI i ESRB)
  • na rynku dominują sequele wcześniejszych tytułów
  • gry stają się „dla wszystkich”, zarówno dla małych i dużych
  • premiery gier stają się wydarzeniami medialnymi
  • gry zaczynają być wykorzystywane jako nośnik treści reklamowych, np. poprzez product placement
  • pojawiły się gwiazdy, zarówno wśród twórców (Sid Meier), jak i „aktorów” (Lara Croft)

Niestety, ten trend nie jest jednoznacznie pozytywny. Narastają zjawiska negatywne

  • poprzez fakt, że gry są dla wszystkich, stają się w zasadzie dla nikogo
  • gry są skracane, np. przejście fabuły pierwszego Call of Duty trwało kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, ostatniego – zaledwie kilka
  • kreatywność niezależnych twórców jest stopniowo zabijana przez masowe produkcje
  • zaczyna działać prawo inżyniera Mamonia, czyli podoba nam się to co już widzieliśmy

Szczególnie ten ostatni trend jest niepokojący. Nie czuję się jakimś specjalistą od gier – ale proszę mi powiedzieć, czy w ciągu ostatniej dekady powstał choć jeden oryginalny tytuł, który odniósłby sukces na rynku masowym? Od kiedy na początku lat 90-tych pojawiły się pierwsze porządne FPS-y (Wolfenstein 3D, Doom), strategiczna turówka (Civilization), RTS (Dune 2, Warcraft), platformówki (Tomb Rider, Prince of Persia), RPG (Fallout, Baldur’s Gate) i wyścigi samochodowe (Need for Speed, Gran Turismo) właściwie nic się nie zmieniło. To znaczy zmieniły się możliwości technologiczne oraz pojawiła się gra w sieci. Ale poza tym nic. Gatunki gier są tak samo stabilne (czytaj: nudne) jak gatunki filmowe: komedia, kryminał, film przygodowy, romansidło, film wojenny, itd. Jak w filmie, pojawiają się gatunki mieszane: komedia romantyczna (platformówka RPG), kryminał przygodowy (FPS z elementami strategii). Ostatnie zapowiadane wielkie premiery to sequele o numerach 5 i wyższych.

Słowem, machina popkultury gry wciągnęła, przeżuła i wypuściła lekkostrawną papkę. Następnym krokiem będzie wielka fuzja studiów filmowych i producentów gier: „EA Paramount Pictures Time Warner Games prezentuje (uaaaa!)… Wolfenstein 3D, wersja 27 . Teraz jeszcze lepsze efekty graficzne, możliwość gry w sieci, nowe lokacje, nowe dźwięki broni oraz nowe rodzaje wojsk: Afrika Korps oraz włoscy spadochroniarze.” – oto hipotetyczny przykład tego, na co stać dzisiejsze studia gier.

Kiedy mnie ktoś pyta, czemu coraz mniej miejsca w swojej publicystyce poświęcam grom, odpowiadam: bo nie ma czego opisywać. Cała nadzieja w grach flashowych i niezależnych studiach, które tworzą prawdziwe perły, np. Machinarium albo World of Goo.

PS. Tym wpisem żegnam się z Czytelnikami do końca sierpnia. Będę wypoczywał z dala od komputerów i informatyki, nawet bez prądu. Do zobaczenia po powrocie!

Tagi:

Jestem z drugiej połowy sierpnia

1 sierpnia 2010 Komentarze: 3

Przyznaję bez bicia, że przeoczyłem dzisiaj godzinę 17-tą w ferworze pakowania (wkrótce się przeprowadzam). Nie zawyły żadne syreny, a ruch na niedalekiej trójmiejskiej obwodnicy nie ustał ani na moment. To tyle jeśli chodzi o tzw. reality check świętowania „godziny W”. Przykro mi, jeśli komuś jest z tego powodu przykro. Proszę mi uwierzyć, poza Warszawą Powstanie nie wywołuje takich silnych emocji. Konsekwentnie twierdzę, że o ile podziwiam bohaterstwo powstańców, nie podejmuję się oceniać dowódców (musiałbym wiedzieć tyle ile oni wiedzieli podejmując decyzję), o tyle za grube i szkodliwe nieporozumienie uważam próbę budowania zbiorowej tożsamości Polaków wokół legendy powstańczej. Tym bardziej legendy, która od pewnego czasu wykorzystywana jest instrumentalnie w celach bieżącej polityki. Dzieci uczę patriotyzmu poprzez pracę i osiągania celów poprzez staranne planowanie i przygotowanie, a nie chwilowy zryw, a mówiąc o powstaniach za wzór stawiam Powstanie Wielkopolskie – i nie tylko, o czym za chwilę.

Sierpień to taki dziwny polski miesiąc, spięty z obu stron klamrami. Zaczyna się rocznicą Powstania Warszawskiego, a kończy rocznicą powstania „Solidarności”. Tak więc: zaczynamy od krwawej łaźni, która przyniosła zagładę całemu pokoleniu elit i miastu. Mimo prawdziwej chęci nie potrafię się dopatrzeć długofalowych pozytywnych skutków tego zrywu, tłumaczenia „nie byłoby … (Października, Sierpnia, Grudnia, itd.) bez Powstania” wydają mi się dość karkołomną spekulacją – nasi środkowoeuropejscy bracia (Czesi, Słowacy, Węgrzy) mieli swoje Wiosny i Jesienie tak samo jak i my, a dziś mają stolice z prawdziwego zdarzenia. 36 lat później, w roku 1980, Polacy zrobili coś dokładnie odwrotnego. Zamiast wejść na barykady i rzucać się z gołymi rękami na uzbrojonych po zęby wrogów (Sowietów i komunistyczną władzę), stworzyli masowy i pokojowy ruch społeczny. Zorganizowali niezależne struktury, błyskawicznie stworzyli niekomunistyczne media, pokazali skuteczność w osiąganiu swoich celów – a wszystko bez jednego wystrzału. I tej energii było tyle, że mimo że komunistyczna władza znowu wyprowadziła czołgi przeciwko nieuzbrojonym cywilom, w końcu przegrała. Pokonaliśmy najstraszniejsze imperium ówczesnego świata bez jednego wystrzału – i ten cud, mam wrażenie, budzi ciągle za mało refleksji.

Dokładnie w środku sierpnia jest jeszcze rocznica Bitwy Warszawskiej. To także symboliczne, bo i to zdarzenie jest pośrodku. Co prawda nie chronologicznie, ale w pewnym stopniu mentalnie. Znowu Polacy stanęli razem przeciwko wrogowi, ale tym razem dali mu łupnia. Także dzięki temu, że mieli dobrze przygotowane plany taktyczne, realne (a nie domniemane) wsparcie sojuszników, sprzęt, łączność i linie zaopatrzeniowe. Lubimy mówić o Bitwie Warszawskiej jako o jednej z najważniejszych w dziejach Europy – Azja (mentalnie komunizm to trochę współcześniejsza wersja reżimu Dżyngiz-chana) znów została powstrzymana na rubieżach naszego kontynentu. Ale dla mnie to przede wszystkim mit założycielski II Rzeczpospolitej, tej samej która potem zbudowała Gdynię, odzyskała większość Śląska i scaliła trzy niepasujące do siebie kawałki w jedno z najnowocześniejszych w owym czasie państw Europy.

Mentalnie jestem zdecydowanie z drugiej połowy sierpnia. Wolę negocjować i pracować, osiągać swoje cele stopniowo poprzez zogniskowanie wokół dobrych pomysłów bystrych ludzi – tak jak robiła to „Solidarność”. Jak mam walczyć, to chcę walczyć po coś i o coś i zwyciężać – a nie tylko pięknie umierać. I tego właśnie uczę swoje dzieci.

Na blogu dla menedżerów i informatyków wypada nawiązać do technologii. Oto więc i nawiązanie. Przyszłość naszego kraju na najbliższe sto lat, jestem przekonany, nie zdecyduje się na żadnej barykadzie ani na żadnym polu bitwy. Nie będzie żadnej „Godziny W”, która poderwie Naród do Zrywu. Zdecyduje się w jakimś niepozornym laboratorium badawczym, w zespole roboczym pracującym nad jakimś projektem, w gabinecie gdzie kilku analityków opracowuje strategię Polski i Unii w kwestii innowacyjności, albo – jeszcze lepiej – w jakimś garażu, gdzie ktoś pracuje nad nową, przełomową technologią. Politycy, którzy dzisiaj tłumnie pojawili się na obchodach, powinni od poniedziałku zacząć zastanawiać się dzień i noc jak tym wszystkim ciężko pracującym ludziom pomóc. Inspiracji im nie powinno zabraknąć, ale nie będzie nią legenda Powstania Warszawskiego, tylko druga połowa sierpnia, od Bitwy Warszawskiej i II Rzeczpospolitej po „Solidarność”.

Tagi:

Koń by się uśmiał :)

30 lipca 2010 Komentarze: 1

Przypadkiem wpadłem na moją własną książkę „Praktyka skutecznego programowania” sprzed lat ponad dziesięciu. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że w jednej z internetowych księgarni występuje w kategorii Humor! Osoby, które były zainteresowane moją książką zainteresowały się także takimi pozycjami jak „NLP w biznesie” i „Poradnik energetyka-praktyka Zeszyt 2″. Jestem doprawdy zbudowany tym towarzystwem. Inne książki podobne do „Praktyki skutecznego programowania to m.in. klasyk śląskiego humoru „Bery śmieszne i ucieszne” (miałem przyjemność poznać śp. p. Dorotę Simonides, autorkę), poradnik „Co kobiety wiedzą o mężczyznach” oraz „Absurdy PRL-u”. Zwłaszcza ta ostatnia pozycja wzbudza moje zainteresowanie, zważywszy, że w „Praktyce skutecznego programowania” poruszam kwestie modelowania obiektowego, jakości programowania, a także projektu informatycznego.

Niestety, książka nie dorobiła się jeszcze recenzji. Zachęcam, by któryś z Czytelników wysupłał 27 zł (plus koszty przesyłki) i tę humorystyczną pozycję zrecenzował. Będzie to dobry test dla semantycznego robota, który w tak fantastyczny sposób zakwalifikował pozycję w internetowej księgarni. Może – kto wie? – wzbogacona o recenzje trafi do kategorii „Poradniki seksualne” albo „Podróże małe i duże”?

Z wesołym pozdrowieniem dla Czytelników, bo przecież od paru godzin trwa weekend :)

Tagi:

Lean Six Sigma w IT

23 lipca 2010 Komentarze: 8

Parę razy bywałem wyciągany na zwierzenia na temat roli metodyki Six Sigma w informatyce. Wieloletni Czytelnik raz i drugi sprowokował mnie do wynurzeń, natomiast nigdy nie miałem okazji podać szerszego kontekstu. Zdaję sobie sprawę, że środowisko jest raczej mniej niż bardziej przychylne.

Otóż od paru ładnych lat jestem certyfikowanym Black Beltem Six Sigma, moje codzienne obowiązki zawodowe w dużej mierze koncentrują się wokół wdrażania i optymalizacji procesów w jednym z polskich banków. Skłamałbym mówiąc, że jestem ortodoksyjnym fanem lean six sigma, ale bardzo ją doceniam. Oto moje credo:

1. Przede wszystkim, oddzielmy lean od six sigma, bo to dwa różne światy. Ich połączenie wynika z pragmatyki biznesowej, stanowią nawzajem uzupełniejące się elementy układanki, ale nie są tożsame ani nawet specjalnie podobne.

2. Najpierw o lean. Generalnie, metodyka (czy raczej perspektywa) lean koncentruje się na paru elementach: płynnym przebiegu procesu po jednostce, unikaniu strat, kroczącej doskonałości i patrzenia na proces z perspektywy klienta. Jakie to ma znaczenia w IT? Myślę, że np. perspektywa agile jest niczym innym jak zastosowaniem pryncypiów lean do IT: inkrementalny rozwój, dodawanie wartości dla klienta, unikanie zbędnej biurokracji, itd. Co dobrego może dać lean w organizacji IT? Zwykłem stosować tę perspektywę to przeglądania procesów od samiutkiego początku do samiutkiego końca, starannie obserwując czy czynności w nich wykonywane nie powielają wcześniej wykonanych, czy przynoszą wartość klientowi i czy jest w nim płynny przebieg.

Typowym procesem obecnym w polskich organizacjach IT jest proces obsługi incydentu (kolokwialnie mówiąc: zgłoszenie błędu). Z reguły powstawał on w sposób organiczny, jako proste złożenie praktyk obowiązujących w danym obszarze. W efekcie powstaje proces-monstrum, który posiada liczne rozgałęzienia, te same czynności realizowane są wielokrotnie, zbiera się niepotrzebnie wiele danych (a potrzebnych się nie zbiera), w procesie są liczne przestoje (np. wszystko zatrzymuje się, bo trafia na czyjąś skrzynkę a tego kogoś może nie być, itd.). Przegląd procesu od początku do końca, z jego uproszczeniem, eliminacją przestojów i przejściem z obsługi „paczkowej” (batch) na „pojedynczą” (flow) pozwolą z reguły jednocześnie go skrócić i zmniejszyć nakład pracy potrzebny na jego wykonanie. Lean daje więc procesom „kopa” czyniąc to, co się robi, płynnym i sensownym. Ale to z reguły dość długa praca, na dodatek wymagająca całkowitego przestawienia myślenia.

Problem ze stosowaniem lean w IT polega na tym, że wiele usprawnień zapewnianych przez lean mam miejsce tylko tam, gdzie mamy do czynienia z typową produkcją przemysłową: czyli jest problem surowców, dostaw tych surowców, wadliwych elementów, magazynowania, pakowania, itd. Rzadko w IT występuje taśma produkcyjna – a jeśli już, to częściej w usługach niż w produkcji oprogramowania. Produkcja informatyczna albo usługi IT nie mają materialnego tworzywa; trudno jest znaleźć dobre analogie i przykłady, a w konsekwencji – przestawić właśnie ów sposób myślenia.

3. Teraz o six sigma. Otóż six sigma jest statystyczną metodą kontroli procesów już pomierzonych. Najlepiej sprawdza się na wielkoskalowych, powtarzalnych procesach takich jak produkcja przemysłowa albo usługi konsumenckie. Tam jednostki (np. jednakowe śrubki, przychodzące faktury, telefony na call center) przechodzą tysiące i miliony razy przez proces; można znaleźć skalę, a każde usprawnienie (np. o 5% mniej nakładów) mnoży się przez te tysiące i miliony skali. Six sigma aplikuje podejście DMAIC: zdefiniuj jaki jest twój problem i co chcesz z nim zrobić, wyraź ten problem w kategoriach ilościowych (czy problem to sześć czy jedenaście i czego dokładnie), potem zastanów się jakie są przyczyny problemu, wymyśl i zweryfikuj rozwiązanie, a potem uczyń je trwałym. Six sigma najlepiej sprawdza się tam, gdzie poprzez statystyczną kontrolę ogranicza się zmienność procesu – np. nie pozwalając, by liczba defektów w oprogramowaniu dostarczanym do klienta była większa niż 0,05 liczby punktów funkcyjnych. Oto cała esencja six sigmy w dwóch zdaniach, 30 zł za konsultację bardzo proszę przelewać na moje konto.

Six Sigma w IT ma dwa felery. Po pierwsze, wspomniany już niematerialny charakter procesu. Ale także i inne – niewiele jest tu wielkoskalowych, powtarzalnych procesów. Znowu – zdecydowanie więcej w usługach informatycznych i w organizacji wsparcia (np. obsługa incydentów, wniosków o uprawnienia, itd.). Na przykład produkcja oprogramowania ma charakter niskoskalowy i raczej małopowtarzalny – aplikowania tutaj podejścia DMAIC wymaga naprawdę dużej zręczności i doświadczenia. Drugi problem to taki, że w IT rzadko kiedy coś jest pomierzone, a six sigma dobrze się sprawdza tylko wtedy, gdy na miejscu jest dobry (wiarygodny) system pomiarowy. Siostrzana metodyka, DFSS (Design for Six Sigma) sprawdza się znacznie lepiej, tylko że jest kompletnie niepopularna w światku IT.

Co więc jest najlepsze z six sigmy? Najlepsze jest systematyczne podejście: zdefiniuj cel i zakres, dobrze określ problem, sięgnij po dane, rozwiąż problem, a potem utrwal rozwiązania. W six sigmie jest cała kupa bardzo użytecznych narzędzi, które pomagają badać zmienność populacji, wydzielać podgrupy, budować modele prognostyczne. Six sigma jako całość nie jest może stworzona dla IT, ale jako narzędziowik sprawdza się znakomicie.

4. A teraz o problemach lean i six sigmą w świecie IT. Otóż problem jest tak naprawdę jeden: sposób wdrażania. Z reguły robią to ludzie, którzy albo nie mają pojęcia o IT i jego specyfice, albo nie mają pojęcia o informatykach i sposobie pracy z nimi. W efekcie podchodzą do procesów informatycznych albo tak jak do produkcyjnych, albo tak jak do typowych projektów typu office automation. Próbują szukać skali i powtarzalności tam gdzie jej nie ma. Próbują budować mechanizmy pomiarowe na procesie słabo zdefiniowanym, niestabilnym. Nie zastanawiają się, czy dane, które płyną z takiego procesu są wiarygodne. Nie zważają na koszty gromadzenia danych. Zapominają o tym, że dobre procesy można budować jedynie z ludźmi, a nie przeciwko nim. Słowem, nie rozumieją specyfiki środowiska, w którym się znaleźli i próbują przeszczepiać proste kalki do zupełnie innego świata.

W efekcie, postrzegani są jako nawiedzeni Kapłani jakiejś Metodologii, których raczej się unika i którzy nie mają niczego istotnego do zaoferowania. A ponieważ oni sami nie rozumieją co się wokół nich dzieje, coraz rzadziej i coraz mniej chętnie opuszczają swoją wieżę z kości słoniowej. W efekcie, wdrożenie Metodologii zamienia się w rosnącą i kurzącą się stertę papieru.

W ten sposób wartościowe metodyki lean i six sigma stają się przedmiotem kpin. Niesprawiedliwie i ze szkodą dla firm IT.

Tagi: