O suwerenności i reprezentacji – rozmyślania na marginesie ACTA

22 stycznia 2012 Komentarze: 21

Przez internet przewala się właśnie fala protestów związanych z przewidywanym podpisaniem Anti-Counterfeitng Trade Agreement, czyli ACTA. Wraz z amerykańskimi ustawami SOPA oraz PIPA stanowi to masę krytyczną, którą przewidywałem na początku roku – rządy i korporacje postawiły ostatecznie zmienić reguły gry w internecie. W miejsce twórczego, ale trudnego do kontrolowania chaosu, postanowiły zaprowadzić policyjny porządek, przede wszystkim tam, gdzie istniejący model godził w interesy korporacji, służb specjalnych oraz biurokracji.

W Polsce trwa burza wywołana nie tyle przez treść uzgodnienia (założę się, że większość osób go w ogóle nie czytała) ile przez tryb przyjęcia. Okazuje się, że traktat międzynarodowy godzący w podstawowe prawa obywatelskie, jak prawo do wolności wypowiedzi i prywatności, przyjęto jako załącznik do załącznika do załącznika. Poniżej garść refleksji:

  • Wbrew zwolennikom teorii spiskowych, nie wierzę, że polski rząd uczestniczył w jakimś wielkim, tajnym spisku. Oznaczałoby to, że rozumie choć odrobinę procesy dziejące się w cyfrowym świecie i zmianę mechanizmów sprawowania władzy i ośrodków, które tę władzę faktycznie sprawują. Bez przesady, nie przeceniajmy naszych polityków. Sądzę, że rząd i Sejm został w tej sprawie wyrolowany dokładnie tak samo jak internauci. Oni naprawdę nie wiedzieli na co się zgadzają; premier Tusk i minister Boni nie byli „rolującymi”, a „rolowanymi”.
  • Prawdziwym „rolującym” była brukselska biurokracja, pozostająca pod wpływem lobbystów z koncernów medialnych oraz krajów, dla których eksport praw autorskich jest istotną pozycją bilansie handlowym. Polska takim krajem nie jest, a potrzebuje praw autoskich (patentów, technologii, mediów) do rozwoju – w związku z tym przyjęcie restrykcyjnych przepisów ACTA nie jest w naszym interesie.
  • „Pospolite ruszenie” nt. ACTA, które zepchnęło z pierwszych stron gazet oraz portali inne tematy, jest tyleż fajne co straszne. Założę się, że 90% jego uczestników nie rozumie za wiele, poza tym, że rząd chce ich wykiwać (i pewnie nie będzie można ściągać torrentów). Trochę się boję załatwiania spraw publicznych za pomocą fejsbukowych stron „Nie dla <tu wpisz inicjatywę rządową>” albo ulicznych demonstracji. Łatwo je zorganizować tyleż w słusznej, co w niesłusznej sprawie, a kontrolować jest trudno zawsze.
  • Przypominam, że prawo podobne do ACTA obowiązuje w wielu krajach, a torrenty, TPB, filesoniki i megaupload’y działają jak działały – jak ktoś likwiduje jeden serwis, powstaje pięć innych. Nie do końca rozumiem, skąd przekonanie, że zapisy traktatowe załatwią sprawy, których nie załatwiły prawa krajowe. Polska policja nie stanie się przez to bardziej sprawna, polskie sądy nie zaczną rozumieć różnicy między odpowiedzialnością za publikowaną treść a odpowiedzialnością za platformę hostującą, itd. Wniosek: konieczna jest analiza treści źródłowej traktatu i odniesienie się do konkretnych jego zapisów, aby stwierdzić czy i w jakim stopniu ograniczają one prawa obywatelskie gwarantowane przez polski system prawny.
  • Rzekomy „atak na polskie strony” okazuje się być zwykłym szukaniem przez obywateli informacji. Winnym w tej sprawie jest głównie polska administracja, która żyje nadal w epoce papierowej i dokumenty wrzuca w postaci skanowanych bitmap papierowych kwitów. W efekcie pełny tekst traktatu ma 25MB, a mógłby mieć zapewne jakieś 300-500 KB. Nic dziwnego, że rządowe łącza się wysyciły, a providerzy odcięli rząd od internetu. Co, nawiasem mówiąc, daje mu dość dobrze poczuć to, co chciałby po przyjęciu ACTA zafundować swoim obywatelom. Premierze Donaldzie Tusku, skoro nie potrafisz sobie poradzić z dużym ruchem, zapytaj córki – ona radzi sobie doskonale. Spodziewam się natomiast, że w argumentacji biurokratów pojawi się natychmiast argument o „terroryźmie” i język siły.
  • Piotr „VaGla” Waglowski, który stał się chyba jednym z głównych sprawców tej awantury oraz głównym autorytetem w dziedzinie prawa internetowego, jeszcze trzy miesiące temu na konferencji PTI w Jachrance dzielił się ze mną troską, jak czworokącie obywatele-organizacje pozarządowe-media-biznes wykreować masę krytyczną, która sprawi, że rząd poczuje obywatelski „oddech na plecach” i wreszcie weźmie się za digitalizację administracji oraz zapewni transparentność stanowienia prawa. Wydaje się, że już nie ma tego problemu; może mieć teraz problem z zagospodarowaniem uwolnionej energii i skierowaniem jej na strukturalne i instytucjonalne tory. Piotrze, kibicuję Ci z całej siły, jeśli mogę Ci pomóc – daj znać jak.
  • Patrząc w kontekście bieżącej polityki, spór o ACTA pokazuje całą żałość polskiej sceny politycznej. Gdyby lewica choć ociupinę wyszła z ciasnych ram narzuconych przez postkomunistyczną przeszłość (SLD) albo efekciarskich, ale powierzchownych pomysłów importowanych z Zachodu (Palikot), od dawna grzmiałaby o polskim rządzie, który znowu chce zabrać biednym, by dać bogatym i wpływowym (spokojnie można uzasadnić taki komunikat w oparciu o lekturę ACTA). Prawica zaś piałaby o utracie suwerenności narodowej na rzecz brukselskich biurokratów oraz na rzecz międzynarodowego kapitału (a wiadomo kto rządzi kapitałem, prawda?). A tymczasem lewica jara jointa, zaś prawica buduje pomniki smoleńskie. Czuję się w tym otoczeniu jak pensjonariusz domu wariatów: nie wiem do końca kto jest nienormalny, ja czy oni? Bo wszyscy nie mogą być normalni.

I wreszcie refleksja całkiem na serio: mamy do czynienia z poważnym kryzysem reprezentacji demokratycznej. ACTA to tylko zapalnik. Mieszkańcy Europy – i ci, co protestują przeciwko ACTA, i ci którzy budują miasteczka namiotowe Oburzonych, i ci, którzy krytykują chocholi taniec w grupie Merkel-Sarkozy-”świnie”-MFW-EBC – zwyczajnie przestali wierzyć, że ci, którzy nimi rządzą, naprawdę pochodzą z ich wyboru i są realnie wsłuchani w ich głos. Odwrotnie: są przekonani, że obrośli w sadło biurokraci realizują głównie własne interesy oraz interesy tych, którzy ich finansują, obywateli Europy mając w tzw. dużym poważaniu. Szczerze mówiąc, podzielam to przekonanie. I to jest prawdziwy problem.

I druga refleksja, też całkiem serio: losy ACTA, niemożność ograniczenia listy leków refundowanych, niemieckie protesty na temat energetyki jądrowej w Polsce, podejmowane przez Brukselę próby zablokowania poszukiwania gazu łupkowego w Polsce (rzekomo w imię ochrony środowiska, faktycznie w imię ochrony niemieckich firm współpracujących z rosyjskimi oraz francuskiego sektora energetycznego), z dość dużym zakłopotaniem każą patrzeć na suwerenność naszego kraju.

Wszędzie tam, gdzie Polska próbuje się wyrwać z postkolonialnego modelu wyzyskiwanej przez metropolię prowincji (miliardy płacone koncernom farmaceutycznym, Gazpromowi, kary za emisję CO2, itd.), pojawiają się – oczywiście całkowicie uzasadnione, obiektywne oraz kierowane wyłącznie troską o nasz los – powody, dla których akurat nie możemy tego zrobić. I to jest moja najbardziej przygnębiająca refleksja z ostatnich miesięcy.

 

Tagi:

Co wolno producentowi platformy?

13 stycznia 2012 Komentarze: 1

Ten wpis jest nawiązaniem do ankiety, którą jakiś czas temu zainicjowałem na tym blogu po wpisie o żarłocznym i pruderyjnym Jabłuszku i komentarzach do niego. Zadałem proste pytanie: co wolno właścicielowi platformy (sprzętowej, systemowej) jeśli chodzi o wpływ na treści pojawiające się na tej platformie. Wyniki po prawej, dla celów archiwalnych (za chwilę w tym miejscu pojawi się inna ankieta) omówię je pokrótce. Odpowiedzi było 27, co nie jest może jakąś oszałamiającą liczbą, ale dającą minimum istotności. Nieomal połowa respondentów odpowiedziała, że dostawca platformy bezwzględnie nie ma prawa wpływać na treści, które na tej platformie się pojawiają. Nieco mniej, bo 30% czyni zastrzeżenie – jeśli dochodzi do naruszenia prawa, można odmówić. Na drugim biegunie jest niemal 20% respondentów – 2 z 27 przyznało mu nieograniczone prawo wpływu na treść, a o 1 więcej uważa, że powinni być ograniczani prawem do wolności wypowiedzi. Odpowiedź środkowa nie zyskała wielkiej popularności -  w sumie 3 głosy.

Ja waham się pomiędzy opiniami skrajnymi. Jedna z nich mówi bezwzględnie nie: platforma to jedno, treści to drugie. Tak jak oburza nas, kiedy firmy kolportujące prasę próbują odmawiać jej dystrybucji gdy coś im się nie podoba, tak samo autorzy platformy nie powinni mieć prawa do wpływu treści na niej publikowane. Być może powinno to być wręcz zabronione przez prawo, tak jak prawo zabrania łączenia roli producenta i dystrybutora prądu, a UOKiK ściga zmowy cenowe pomiędzy producentami dóbr a sieciami handlowymi. Ta druga analogia trafia do mnie szczególnie mocno, szczerze mówiąc, kiedy czytam o niektórych praktykach właścicieli platform i sklepów aplikacyjnych. Na marginesie: jeśli tak dalej pójdzie, nasze dzieci, oglądając kultową reklamę Apple „1984″ i słysząc słowa we are one people, with one will, one resolve, one cause, mogą pomyśleć, że ten gość na ekranie to Steve Jobs (zwłaszcza, że w tle pojawia się logo Apple).

Druga z nich mówi: „wolnoć Tomku w swoim domku”. Nie podoba ci się, developerze albo kliencie, dana platforma ani zasady, które nią rządzą? Proszę bardzo, znajdź inną. Żadna Ci się nie podoba? Załóż swoją, określ swoje zasady – i wyjdź na swoje.

Zwłaszcza, nie podzielam zdania entuzjastów dwóch „warunkowych” odpowiedzi („Tak, o ile…”, „Nie, chyba że…”). Implikują one interpretację prawną ze strony dostawcy platformy i w konsekwencji otwiera pole do działań arbitralnych, a nawet nadużyć. Wolałbym, aby kontrolą przestrzegania prawa zajmowały się przeznaczone do tego służby, podlegające odpowiednim procedurom, kontroli demokratycznej oraz instytucjonalnej. Zdaję sobie niestety sprawę, że – zwłaszcza w anglosaskich systemach prawnych – istnieje tradycja „pozywania najbogatszego”. I tak, jeżeli jakiś niewyżyty licealista rozpowszechnia np. treści siejące nienawiść rasową albo klasową, wsiada się na kark operatorowi hostującemu stronę, a nie licealiście. Rodzi to postawę obronną ze strony dostawców infrastruktury i platform, czasami ocierającą się o cenzurę prewencyjną. Dlatego lepiej, moim zdaniem, żeby egzekucją prawa zajmowały się instytucje do tego powołane.

Problem jest ciekawy i pewnie szybko nie doczeka się rozstrzygnięcia. Myślę, że czeka nas kilka, może nawet kilkanaście lat „ucierania” się poprzez wyroki, apelacje, interpretacje, fragmentaryczne rozstrzygnięcia na poziomie casusów; potem prawodawstwo krajowe i wreszcie standardy ponadnarodowe.

Tagi:

Margin Call

6 stycznia 2012 Komentarze: 2

Wróciłem właśnie z filmu „Margin Call”; garść refleksji poniżej.  Uwaga: przy okazji (umiarkowane) spojlery.

Po pierwsze, fatalnie przetłumaczono tytuł. „Chciwość” to określenie wartościujące i do tego negatywnie. Tymczasem margin call to po prostu w miarę normalna sytuacja, w której ktoś kupił papiery wartościowe za pożyczone pieniądze, wartość papierów spadła i wierzyciel pozbywa się ich by pokryć zobowiązanie. Nie wiem, jak brzmi margin call po polsku (i czy w ogóle jest takie słowo), ale neutralne słowo , np.”wyprzedaż”, byłoby znacznie bardziej adekwatne. Zresztą, inaczej niż w „Wall Street”, scenarzyści unikają wartościowania postaci. Film nie ma wyraźnego szwarccharakteru, choć niektóre przez moment takie się wydają. Niektóre postaci są wręcz sympatyczne. Oczywiście, napędzają je pieniądze, ale – na Boga – czy chęć ich posiadania i wydawania jest naganna?

Film jest kameralny, momentami wręcz ascetyczny. Bardziej nadawałby się na sztukę teatralną – brak tu plenerów, scen o dużej dynamice, itd. – ot, po prostu paru ludzi rozmawia w salkach konferencyjnych, jakich pełno w każdym biurowcu. Jedność miejsca i czasu zahacza o dramat antyczny, zaś wybór głównych bohaterów – będzie źle albo jeszcze gorzej – również bardziej przypomina Sofoklesa niż Chandlera. Niemniej to właśnie jest siłą „Margin Call”, zwłaszcza na tle politycznie zaangażowanego Oliviera Stone’a.

Jak zwykle, fatalne jest polskie tłumaczenie. Maklerzy z Wall Street przeklinają dużo i często, z błahych powodów wplatają mocne słowa w wypowiedzi. Myślę, że to autentyczne. Ale polskie tłumaczenie wygląda jak kultowy skecz, wszystko jest takie ugrzecznione. Scenarzysta dołożył wszelkich starań, aby hermetyczne terminy świata finansów w oryginale zostały ograniczone do minimum, mimo to polski tłumacz nie stanął na wysokości zadania. Dosłownie kilka słów, bez których film nie może się obyć – leverage, market volatility, net assets, swap – jest przetłumaczone wcale albo źle (np. swap to „transakcja wiązana”).

Dwie najsympatyczniejsze i najbardziej kompetentne postaci filmu to inżynierowie. Jeden przed inwestowaniem zajmował się mechaniką napędów rakietowych, co jeden z finansistów pogardliwie określa rocket science (w potocznej angielszczyźnie oznacza to coś niepotrzebnie skomplikowanego), wyraźnie przy tym zazdroszcząc tego, że to inżynier, a nie on, zorientował się w faktycznej sytuacji firmy. Drugi zbudował most – i pracowicie wylicza ile lat ludzie zaoszczędzili na podróżach dzięki niemu okoliczni mieszkańcy, wyraźnie kontrastując ten konkret z walącymi się właśnie papierowymi piramidami finansowymi z Wall Street.

I wreszcie ostatnia refleksja: z dwuminutowym wyprzedzeniem przewidywałem przebieg fabuły i zachowania głównych postaci. Nigdy nie byłem na Wall Street ani nawet w środowisku traderów, ale widać środowisko biznesowe jest dość zuniformizowane pod względem obyczaju i zachowań. Ciekawe, czy powinienem się tym martwić, czy raczej cieszyć.

Na koniec cytat, dla mnie kultowy, jeden z menedżerów mówi do właściciela firmy: You’re panicking, na to tamten odpowiada: If you’re first out the door, that’s not called panicking. No rzeczywiście…

Generalnie, film bardzo polecam; rzetelne, interesujące kino dla dorosłych, którzy to i owo rozumieją z otaczającej ich rzeczywistości.

Tagi:

Prognozy na rok 2012

30 grudnia 2011 Komentarze: 6

W przedostatni dzień starego roku zebrało mi się na prognozy na rok 2012. Na chwilę założę, że nie nastąpi koniec świata w, chociaż ta strona podaje kilkadziesiąt dat, poczynając od pierwszego stycznia, pojutrze, kiedy Polska, Łotwa i Bułgaria miały przystąpić do strefy euro (widać, że strona stara…), skończywszy na wygaśnięciu protokołu z Kioto 31 stycznia za rok. Po drodze oczywiście kalendarza Majów… Oto więc kilka prognoz globalnych, polskich, z przechyłem w stronę technologii.

Myślę, że Unia Europejska ani strefa euro się nie rozpadną. Jakkolwiek bliżej mi do sceptyków niż entuzjastów wspólnej waluty, sądzę, że powrót do walut narodowych nie jest żadną alternatywą, zaś polityczny rozpad Unii grozi niepokojami na skalę całego kontynentu, które nie są właściwie w niczyim interesie. Wszyscy krytycy wspominają o znaczących nierównościach wewnątrz strefy euro, pomiędzy np. Niemcami a Portugalią, ale jakoś nikt nie zauważa, że jedna waluta obowiązuje w Stanach Zjednoczonych (gdzie nierówności są nie mniejsze), a nawet po rozpadzie ta sama waluta obowiązywałaby we Włoszech – gdzie różnica między Mediolanem a kalabryjską prowincją jest porażająca. Myślę, że kombinacja reformy fiskalnej, wyrzucenia za burtę którejś z zadłużonych „świń” (albo nawet więcej niż jednej), bailoutu oraz demontażu państwa socjalnego, a w konsekwencji, przystąpienia do strefy euro kilku krajów względnie zdrowych gospodarczo (Szwecja, Polska, Czechy, Łotwa, może także Bułgaria i Dania) sprawi, że 2013 przywitamy w lepszych nastrojach niż witamy 2012.

Co w niczym nie zmienia faktu, że biedni zbiednieją, a bogaci znowu się wzbogacą. Tylko to nie będą ci sami biedni i ci sami bogaci, co zawsze. Największymi beneficjentami kryzysu są nie wredni kapitaliści ze świata finansów, a kawiorowi socjaliści dysponujący miliardami złupionymi na podatnikach i rozdysponowanymi wedle własnych, socjalistycznych idei. To oni – obsadziwszy rady nadzorcze znacjonalizowanych banków, rozmaitych funduszy walutowych i SIV-ów – oraz decydujący o pakietach pomocowych, będą wypierać normalnych przedsiębiorców. Zamordują przy tym fundusze hedgingowe, które nie są wcale święte, ale działają jak drapieżniki i padlinożercy w lesie. Selekcjonując chore i padłe sztuki, prowadzą do utrzymania jakości całej populacji. W naszym gospodarczym „lesie” w imię „dobra zwierząt” zamknie się padlinożerców i drapieżniki za grubą siatką. Na początku będzie fajnie, a potem rozprzestrzenią się choroby, a cały las zacznie brzydko pachnieć, bo nikt nie będzie pożerać słabych, chorych i padłych sztuk. Ale konsekwencje te będą widoczne daleko po 2013 roku.

Kontynuując prognozy gospodarcze, sądzę, że nastąpi poważny kryzys w Azji, być może zainicjowany pękającą w Chinach bańką na rynku nieruchomości, może niepokojami politycznymi w Rosji (sądzę, że Putin skończy jak arabscy dyktatorzy, choć jeszcze nie w 2012 roku), może wojną koreańsko-koreańską albo północnokoreańsko-japońską. Tym razem to Ameryka ucierpi, bo jest całkowicie uzależniona od tamtych rynków, jako zaplecza produkcyjnego oraz źródła finansowania, a Frau Ojropa, czyli kanclerz Merkel będzie udzielała walczącemu o reelekcję prezydentowi Obamie równie cennych i równie bezużytecznych rad, jakich ten dziś nie szczędzi strefie euro.

W Polsce nie wydarzy się nic wielkiego. Rojenia tzw. prawicy o jakimś „Budapeszcie w Warszawie” rozbiją się o prostą konstatację elektoratu, że nie mają ochoty ani na śmieciowy rating, ani na kurs wobec franka, ani na prawicowy Kulturkampf premiera Orbana. Rozdrobnioną i słabnącą opozycję Tusk będzie rozgrywał jak chciał, być może wymieni Pawlaka na Millera albo Palikota (za niższą cenę, oczywiście), co rzeczeni sprzedadzą swoim zwolennikom jako wielki sukces. Dominacji politycznej będzie towarzyszyła słabość w rządzeniu. Nowe ministerstwo ministra Boniego nie zmieni Polski analogowej w cyfrową, bo do sanacji dużej organizacji potrzeba dużo, dużo więcej niż zmiany struktury i lidera. Proszę mi wierzyć, wiem coś o tym.

W świecie zacieśniających się regulacji rządy wykorzystają każdą okazję, żeby przykręcić śrubę konsumentom oraz odrzeć obywateli z kolejnych praw. Europejskie elity – te prawdziwie decyzyjne, nie te pozorne – od dawna fascynują się modelem chińskim, czyli uważają, że powrót na ścieżkę wzrostu jest możliwy tylko po wzięciu za mordę obywateli. Uskuteczniają to przede wszystkim na polu cyfrowym, czego przykładem są zarówno regulacje lokalne (francuska ustawa HADOPI), jak i międzynarodowe (traktat ACTA). Przewiduję pojawienie się zjawiska reakcji (backslash), tj. rośnięcia w siłę rozmaitych Partii Piratów oraz ruchów Oburzonych, ale przypuszczam, że charakter tych ruchów na razie będzie roszczeniowy (socjalistyczny), a nie obywatelski (demokratyczny). Konsument zachodnioeuropejski, zdemoralizowany dekadami welfare oraz słabym poziomem tamtejszych uczelni, nie jest jest zdolny spostrzec, że kupując sobie nowy, czterdziestoośmiocalowy telewizor, jednocześnie pozbawił się prawa do decydowania o tym, co będą na nim oglądać, bo zamknięta platforma, bo DRM, bo cenzura oraz możliwość zdalnego shutdown przez producenta, jeśli akurat nie spodoba mu się to, co oglądamy,

Kalendarz w roku 2012 usiany będzie nekrologami kolejnych zamykanych gazet, stacji radiowych i telewizyjnych. „Długi ogon” stanie się głównym nurtem, czasy przekazu masowego, jednokierunkowego generalnie się kończą. Przeżyją tylko te redakcje i tylko ci dziennikarze, którzy zrozumieją tę zmianę i potrafią się w nią wpisać. Wbrew entuzjastom, nie sądzę, aby mógł powstać polski Huffington Post. Z bardzo prozaicznych powodów – w Polsce nie ma tak wielu znowu czytelników prasy. Mówię oczywiście o dziennikach, bo tygodniki trzymają się poziomem dziennikarstwa oraz wyrazistymi komentatorami. Komentatorzy zostaną, a ich elita będzie czerpać dochody wyłącznie z działalności na polu cyfrowym.

W technologiach dwoma kluczowymi trendami będzie dalsza konsumeryzacja informatyki od strony klienta (nie wygląda, by coś mogło zagrozić pochodowi smarfonów i tabletów) i dalsze „zachmurzenie” od strony zaplecza. Jakkolwiek oczywiście daleko do spełnienia się wizji. w myśl której będziemy nosić przy sobie jedynie końcówkę, bramę do nieskończonej mocy obliczeniowej, ale powoli wszystko będzie zmierzać w tym kierunku.

Nauczymy się i przyzwyczaimy do płacenia za tzw. kontent, a stanie się tak za sprawą nowego modelu dostępu do treści – nie poprzez przeglądarkę, a poprzez płatne (abonamentowo) aplikacje. Skutek bezpośredni będzie taki, że ubędzie nam w kieszeniach; skutek długofalowy – zachwieje się pozycja biznesów czerpiących gros swoich przychodów z reklamy, w tej liczbie Google’a i Facebooka. Skoro konsumenci będą przyzwyczajeni do płacenia, straci rację bytu tzw. freeconomics, czyli rozwiązania, za które użytkownik końcowy nie płaci bezpośrednio, bo reklamodawcom sprzedawany jest jego czas, uwaga, twórczość oraz wiedza o jego zachowaniach.

Przegranym roku 2012 będzie Apple, który pod nowym kierownictwem przekształci się mniej więcej tak jak Microsoft pod rządami Steve Ballmera – w bardzo poprawną i bardzo skuteczną, ale pozbawioną polotu korporację, której zachowaniem ostatecznie rządzą koty.

Zwycięzcą roku będzie Amazon, którego tablet, połączony z platformą e-commerce oraz skalowalnym cloudem „na zapleczu”, osiągnie masę krytyczną i powoli, ale sukcesywnie zacznie zmieniać oblicze informatyki. Choć może wydarzy się to dopiero w roku 2013.

Tyle prognoz, póki co – Czytelnikom Rewersu życzę szampańskiej zabawy w Sylwestra, Do Siego Roku i do usłyszenia w nowym, 2012!

Tagi:

Co mnie kręci

22 grudnia 2011 Komentarze: 1

Miałem ostatnio okazję, by kilka razy zadać pytanie różnym ludziom, „co cię kręci?”. Uzyskiwałem różne odpowiedzi, ale nikt nie „odbił” pytania, choć okoliczność była po temu właściwa. Ale refleksja przyszła sama i oto krótka, przedświąteczna spowiedź.

1. Kręci mnie robienie rzeczy niemożliwych. Parę razy w swoim życiu słyszałem „to jest fikcja!”, „nie, to się nigdy się nie udało i tym razem też się nie uda”, „chyba nie sądzisz Kuba, że…” Właśnie że sądzę, właśnie że to jest możliwe i się uda, a mnie nic mnie tak nie nakręca jak niewiara wokół. Pasjonuje mnie proces dochodzenia z „tego się nie da” poprzez „no dobra, spróbujmy”, po „hmmm… może coś z tego wyjdzie?” i wreszcie „udało się i wcale nie było takie trudne”. Od zwątpienia wokół, poprzez życzliwą (albo i nieżyczliwą) obojętność, po wspólną pracę i wreszcie efekt. Uwielbiam tę satysfakcję, kiedy wreszcie się uda, wszyscy patrzą po sobie i mówią: „no, nie, niemożliwe, jednak wyszło!” A nie mówiłem, kurna?

2. Z tego samego powodu, kręci mnie, kiedy ludzie przekraczają swoje własne bariery, udowadniają sami sobie, że mogą, jeśli tylko uwierzą i się postarają. Zdecydowana większość barier, którym ulegamy, jest wyłącznie w naszej głowie. Kocham to uczucie, kiedy pomogłem komuś którąś z tych barier przeskoczyć. Myślę, że to jeden z tych powodów dla których lubię pracować z kobietami IT – one tych barier kulturowo mają „wbudowane” chyba więcej i obserwując, jak je przełamują, mam tę radość po prostu częściej.

3. Lubię bystrych ludzi w swoim otoczeniu. Każda minuta spędzona w ich towarzystwie mnie wzbogaca. Lubię ich obserwować, słuchać, wiedzieć o czym myślą, co czytają i oglądają, co uważają za ważne. Przyglądam się ich stylowi działania i myślenia, myślę co ja zrobiłbym na ich miejscu. Mam szansę obracania się wśród informatyków, większość ludzi, których spotykam na co dzień, należy to kategorii „bystrzy”, „bardzo bystrzy” albo „nieprawdopodobnie bystrzy”. To ogromny przywilej, nie oddałbym go łatwo za zaszczyty, apanaże i pozycję.

4. Bliżej technologii: kręci mnie, kiedy jestem częścią czegoś, co się dopiero zaczyna a ja mam świadomość, że jestem jednym z pierwszych ludzi, którzy rozumieją to naprawdę dobrze. Na paru rzeczach w technologii znałem się lepiej niż otoczenie. Byłem jednym z pierwszego tysiąca ludzi w polskim internecie, całą techniczną i kulturową oprawę internetu poznałem, zanim świat na dobre nauczył się skrótu WWW. Bardzo dobrze znałem się na modelowaniu obiektowym kiedy ludzie dopiero uczyli się odróżniać klasę od obiektu (teraz dzieciaki uczą się tego w zerówce). Ciągle jeszcze nieźle znam się na procesach ITIL i informatycznej organizacji wsparcia; myślę, że rozumiem charakter i kulturę tego typu organizacji do szpiku kości, podczas gdy większość praktyków zna tylko poszczególne techniki i pojęcia. Pewnie jeszcze czeka mnie kilka takich chwil w życiu zawodowym, kiedy będę w czymś naprawdę dobry. Bardzo je lubię.

Więcej grzechów nie pamiętam… a teraz, w stanie łaski uświęcającej będąc, życzę Czytelnikom Rewersu Wesołych Świąt w rodzinnym gronie :)

Do usłyszenia w tym miejscu po Świętach.

Tagi: